Droga do świętości Bł. Zbigniewa i Michała
Świętość w roboczym ubraniu
Jak wyglądała ich misyjna codzienność? Nie była to seria cudownych zdarzeń czy spektakularnych akcji. Ich życie było Ewangelią zapisaną w prostych gestach. To nie były nadzwyczajne dzieła, o których pisałyby gazety. To były wyczerpujące „odcinki drogi”, które często musieli przemierzać pieszo, wspinając się wysoko w góry, by dotrzeć do wiosek całkowicie odciętych od cywilizacji.
Ich posługa była niezwykle wszechstronna i odpowiadała na konkretne potrzeby ludzi:
- Prowadzili katechezy dla dzieci, które gromadziły się pod prowizorycznymi dachami z blachy, chłonąc każde słowo o dobrym Bogu.
- Stali się medykami pierwszej potrzeby, organizując pomoc medyczną dla chorych i starszych, którzy nie mieli dostępu do lekarzy.
- Byli psychologami i duszpasterzami, prowadząc długie rozmowy z rodzinami dotkniętymi przemocą domową i polityczną.
- Organizowali konkretną pomoc żywnościową dla głodujących oraz wspierali rolników w ich ciężkiej pracy na nieurodzajnej ziemi.
- Budowali nie tylko wspólnoty duchowe, ale i fizyczne kaplice, tworząc miejsca spotkań.
W tej pracy ich talenty idealnie się dopełniały. Zbigniew, człowiek czynu i „złota rączka”, wiedział jak naprawić dach, jak zorganizować logistykę akcji charytatywnej i jak przyjść z pomocą w najbardziej przyziemnych, praktycznych sprawach. Michał natomiast wnosił w surowe życie mieszkańców Pariacoto radość i ducha. Śpiewał, grał na gitarze, organizował spotkania dla młodzieży, wlewając w serca otuchę i nadzieję.
To była – jak mówią świadkowie – „zwykła świętość”. Taka, którą zrozumie każdy człowiek, niezależnie od kultury i języka.
Cień zła i decyzja o trwaniu
Sielanka ofiarnej pracy nie mogła trwać wiecznie w kraju ogarniętym wojną domową. Terroryści ze Świetlistego Szlaku, wyznający skrajną, ateistyczną ideologię, uważali Kościół Katolicki za główną przeszkodę w budowie swojego nowego świata. Kapłanów, którzy realnie pomagali ubogim – karmiąc ich i lecząc – oskarżali o „manipulowanie ludem” i usypianie rewolucyjnej czujności mas. Dobro, które czynili franciszkanie, było dla terrorystów solą w oku.
Sytuacja zaczęła się zagęszczać na początku 1991 roku. Franciszkanie mieli świadomość, że są obserwowani. Zaczęli otrzymywać pogróżki. Mieszkańcy Pariacoto, kochający swoich duszpasterzy, błagali ich: „Wyjedźcie, ratujcie się, póki jest czas”.
Z ludzkiego punktu widzenia ucieczka byłaby czymś naturalnym. Ale o. Zbigniew i o. Michał kierowali się inną logiką. Ich odpowiedź była krótka i stała się testamentem ich wierności: „Pasterz nie opuszcza swoich owiec”. Zostali, w pełni świadomi ryzyka, jakie podejmują.
Noc próby i ostateczne świadectwo
Dramat rozegrał się w nocy 9 sierpnia 1991 roku. Była to chwila najwyższej próby. Około godziny 21:30 ciszę klasztoru przerwało wtargnięcie kilkunastu uzbrojonych terrorystów, którzy otoczyli budynek w Pariacoto.
Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Ojcowie Zbigniew i Michał zostali brutalnie wyprowadzeni z domu, skrępowani i pobici. Następnie wrzucono ich do samochodów i wywieziono na pobliską drogę, z dala od zabudowań. Tam, na skraju górskiego wąwozu, rozegrał się ostatni akt ich ziemskiego życia. Zginęli od strzałów z broni palnej, oddanych z zimną krwią.
Dlaczego musieli zginąć? Nie byli żołnierzami, nie walczyli z bronią w ręku po żadnej ze stron konfliktu politycznego. Zostali zamordowani, ponieważ byli żywymi symbolami dobra, pokoju i nadziei. Terroryzm, karmiący się nienawiścią, żądał wyplenienia każdego, kto dawał ludziom oddech i poczucie godności. Ich śmierć była okrutna, ale w sensie duchowym – czysta. Zginęli jako autentyczni świadkowie Ewangelii.
Ziarno, które wydało plon
Śmierć misjonarzy nie była końcem, lecz początkiem czegoś nowego. Zgodnie ze starożytną chrześcijańską zasadą, krew męczenników staje się posiewem dla nowych wyznawców. Proces beatyfikacyjny polskich franciszkanów rozpoczął się w 2011 roku.
Uwieńczeniem tej drogi była uroczystość, która odbyła się 5 grudnia 2015 roku w Chimbote w Peru. Tego dnia zostali oficjalnie ogłoszeni błogosławionymi Kościoła Katolickiego. Na placu zgromadziły się tysiące Peruwiańczyków. Modlili się, płakali i dziękowali za „dwóch braci z Polski, którzy kochali aż po kres”.
W wygłoszonej wówczas homilii kardynał Angelo Amato wypowiedział prorocze słowa, podsumowujące sens ich ofiary: „Ich krew stała się ziarnem nowych chrześcijan w peruwiańskich Andach”.
Dziś, lata po tych tragicznych wydarzeniach, pamięć o nich jest żywa. Ich groby w Pariacoto są miejscem nieustannych pielgrzymek. Ludzie przychodzą tam nie tylko prosić o łaski, ale by czerpać siłę z ich postawy. Błogosławieni Zbigniew i Michał udowodnili, że nawet w świecie pełnym przemocy, ostatnie słowo należy do miłości.
Artykuły opracowano na podstawie materiałów źródłowych: Archiwum Franciszkanów Konwentualnych, materiałów beatyfikacyjnych oraz relacji świadków.
